Wakacje w Australii

img_5240

Komu w drogę temu czas i dzisiaj nocnym lotem udajemy się do kraju kangurów z krótką przesiadką w Auckland, a w drodze powrotnej do USA zatrzymujemy się w Nowej Zelandii na 10 dni.

Jak zwykle mam motyle w brzuchu przed podróżą i ciągle zastanawiam się, czy wszystko zabrałam. Tym razem pakowanie poszło szybko, bo dokładnie wiedziałam co mi się przyda, a co nie. Amelia ma nawet swoją małą walizkę. Mam nadzieję, że podróż minie tak bezproblemowo jak ta do Polski. Nasza córka odziedziczyła chyba po nas zamiłowanie do dalekich wycieczek i jest bezproblemowym współpasażerem. Wyjazdy z dziećmi są logistycznie bardziej wymagające, ale praktyka czyni mistrza, a my cieszymy się że możemy dalej zwiedzać świat.

Na blogu do połowy grudnia będzie teraz trochę ciszej, jednak nie zapomnijcie śledzić naszych przygód na Andypodach na moim Instagramie i Snapie pod kasia_vit.

W Kalifornii robi się coraz zimniej, tak więc ogrzewam się kawą ze słynnych czerwonych kubeczków ze Starbucksa.

img_5239

This entry was posted in Travel.

Jedno dziecko, dwie kultury

img_4572

Wychowanie dziecka, którego rodzice pochodzą z dwóch różnych kultur nie jest łatwe. Trzeba wszystko robić podwójnie- rozmawiać w dwóch językach, pomnażać tradycje i obyczaje, starać się aby dziecko znało piosenki i książki z dwóch kultur i tak wymieniać można w nieskończoność, a na koniec i tak możemy usłyszeć, że nasza ratorośl ma to wszystko gdzieś i najbardziej utożsamia się z kulturą swoich rówieśników. No cóż takie życie.

Uważam jednak, że Amelia ma wielkie szczęście. Na srebrnej tacy podano jej cztery obywatelstwa (polskie, nowozelandzkie, amerykańskie, szwedzkie) do wyboru do koloru. Będzie miała możliwość czerpania z dwóch różnych kultur i posługiwania się dwoma językami (a my zaoszczędzimy na lekcjach angielskiego), a jej tożsamość będzie wielopłaszczyznowa. Wierze, że pomimo wielu wyzwań jakie może napotkać, fakt że urodziła się wielokulturowej rodzinie niesie za sobą więcej plusów niż minusów.

Nie wspominając już o tym, że będzie miała okazję odbywać dalekie podróże na dwa różne krańca świata, a to już wkrótce, bo w piątek uciekamy przed zimą i lecimy korzystać z wiosny w Australii.

Shopping w USA

USA wielu kojarzy się z niekończącymi się zakupami. Służy temu ogromny wybór, konkurencyjne ceny, liczne promocje no i oczywiście wielkie outlety z najsławniejszymi markami. Sama kultura amerykańska skupia się w dużej mierze na konsumpcjonizmie, ale dzisiaj aż tak poważnie nie będzie i porozmawiamy o tym co kupować w USA, a mianowicie o znanych amerykańskich markach, które niekoniecznie popularne są w Europie. W USA trendy można zobaczyć na wystawach sklepów i na blogach modowych, w przeciwieńswie do krajów europejskich, gdzie wystarczy wyjrzeć przez okno.

Old Navy

Na pierwszy rzut idzie Old Navy, czyli trochę mniej stylowy odpowiednik europejskiego H&M. Można tam znaleźć rzeczy wygodne, raczej w luźnym sportowym stylu i w niskiej cenie. Niestety jakość rzeczy w Old Navy pozostawia wiele do życzenia. Ten sklep lubię za ładne piżamy i bawełnianą bieliznę.

oldnavy1

oldnavy2

Anthropologie

Anthroplogie to pachnący kadzidełkami sklep z ubraniami dla romantyczek. Znajdziecie tam styl trochę hipisowski, z dużą ilością falban i plecionek. Latem i wiosną w Anthropologie królują delikatne lniane sukienki, a w okresie zimowym grube wełniane swetry, niczym robione na drutach przez babcię. Anthropologie to w zasadzie zbiór różnych marek, zarówno tych odzieżowych jak i z akcesoriami i dodatkami do domu. Ceny w tym sklepie są jednak dość wysokie, ale potwierdzają przysłowie masz za co płacisz.

antro2

antro3

Madewell

Bardzo lubię tą sieciówkę. Mają proste rzeczy, nieco w stylu back to school i propagują styl minimalistyczny. Madewell cenię za to, że marka stawia na jakość materiałów i prostotę, podążając jednak za najnowszymi trendami. Mają ciekawe nieco hipsterskie dodatki i nadeliktaniejsze na świecie bawełniane podkoszulki.

madewell1

madewell2

Express

Błysk i blichtr – tam bym określiła ten sklep. Dużo tam cekinów i zdobień, a jeszcze więcej sztucznych materiałów. Uważam, iż jest to marka bardziej dla dziewczyn z liceum niż kobiet, aczkolwiek w ich przedziale cenowym każdy znajdzie tam coś dla siebie. Ja, osobiście tej marki nie lubię, bo panuje tam przepych i ubrania tam wydają mi się trochę tandetne i plastikowe, ale to tylko moja opinia.

express1

express2

Tory Burch

Ah Tory, królowa pięknych torebek. To amerykańska marka z wyższej półki z bardzo eleganckimi dodatkami, gdzie średnia cena za torebkę to $400. Popularna wśród tutejszych Azjatek. Ja osobiście nic od Tory Burch nie mam, jednak ostatnio przymierzałam się do kupienia torebki tej marki, jednak skończyło się na zakupie Furla.

tory1

tory2

Bath & Body Works

Po wejściu do Bath & Body Works zewsząd unosi się zapach mydła i słusznie bo to sklep ze wszystkim do kąpieli i pielęgnacji ciała o bardzo intensywnym zapachu i kolorach. Markę te lubię za jej piękne opakowania kosmetyków i to ze zawsze są dobrą opcją na prezent.

bath1

bath2

Crate&Barrel

Ta marka to kwintesencja amerykańskiego domu. Gdybym miała opisać ich meble i dodatki jednym słowem, to powiedziałabym przytulne. Jest tam dużo drewna i ciepłych barw, brakuje modnego obecnie w Polsce stylu skandynawskiego, ale oglądając ekspozycje w Crate&Barrel, chce się w tak urządzonym domu zamieszkać.

crate1

crate2

 

 

 

 

This entry was posted in Fashion.

Jaki kram taki pan

Nie wiem, co się stało zeszłej nocy w USA i jak doszło do tego, do czego doszło. Do tej pory chyba większość z nas nie dowierza, że nowym prezydentem został Donald Trump, osoba bez doświadczenia siejąca populistyczną propagandę opartą na rasizmie, ksenofobii i seksizmie. Ale takie są prawa demokracji i tak wybrali, nikt inny jak, sami Amerykanie. I nie ma co wytykać palcami tych, co na Trumpa głosowali, ale tych co do głosowania nie poszli, bo całą sytuację strywializowali i teraz załamują ręce.

Biedny Obama, który teraz będzie musiał oddać władzę w ręce Trumpa.

Z duszy imigranta-idealizowanie ojczyzny

IMG_3409

Kto z nas żyjący na obczyźnie nie posłużył się kiedyś utartym frazesem, prawdziwe polskie święta, czy najlepszy polski chleb? Pewnie w jakimś kontekście wielu z nas.

Idealizowanie ojczyzny to typowy syndrom imigranta. Ubarwiamy i oglądamy przez różowe okulary dom i świat, który pamiętamy z dzieciństwa i młodości. Nie ma w tym nic dziwnego, chcemy widzieć pozytywnie to za czym mniej lub bardziej tęsknimy. Ja osobiście też się na tym łapię. Idealizuję polskie jedzenie i przywiązanie do tradycji oraz sposób celebrowania wyjątkowych okazji. Przez różowe okulary postrzegam także swoją rodzinę (a przecież nikt nie jest idealny). Nigdzie nie ma także takich gościnnych ludzi, świeżego chleba, pachnących lasów i niepowtarzalnej historii i niskich cen. Pewnie to wszystko brzmi znajomo.

Rzeczywistość jest jednak oskubana z piórek. Możemy się o tym przekonać podczas naszych odwiedzin w Polsce, ale także bliżej przyglądając się naszym nowym domom poza granicami kraju. Ja zawsze miałam tendencję do idealizowania Bożego Narodzenia w Polsce i w głowie miałam obraz śniegu za oknem, zastawionego stołu i trzydniowego biesiadowania w kapciach. Jednak przez ostatnie kilka lat ta bańka mydlana trochę pękła i tak bardzo jak brakuje mi w tych dniach bliskich, to cała reszta nie wygląda już tak kolorowo. Gwiazdka z reguły była mglista i deszczowa, prezenty kupowane w pośpiechu, a kolacja wigilijna trwała dwie godziny. Po dwóch dniach wszystko wracało do swojego stałego toku. Pyszny chleb znalazłam także w Kalifornii i zaczęłam preferować tutejsze jedzenie. Czar rodzinny także często pryska i widzimy, że spory i niesnaski po dłuższym pobycie zdarzają się także z bliskimi i w tym momencie zdajemy sobie sprawę, że mamy teraz nową własną rodzinę, którą stworzyliśmy z dala od domu.

Takie idealizowanie Polski widziałam wśród nowych, jak i tych zaprawionych imigrantów. Ja osobiście po kilku latach na obczyźnie zdjęłam różowe okulary i zaczęłam patrzeć na wszystko bardziej krytycznie.

A jak to było w Waszym przypadku?

This entry was posted in Poland.