Daycare w USA czyli Amelia idzie do żłobka

Styczeń daje się nam we znaki. Wiele spraw zebrało się na raz, na czele z przeprowadzką. Od dawna zastanawialiśmy się co zrobić z Amelią, kiedy ja wrócę do pracy i kiedy tej pracy zacznę szukać, bo wtedy też będę potrzebować czasu. W końcu odrzuciliśmy opcję niani i zdecydowaliśmy się,że zapiszemy ją do żłobka. W USA do daycare oddaje się już sześciotygodniowe maluchy, bo wtedy większości kobiet kończy się urlop macierzyński. Na samą myśl, że miałabym komukolwiek zostawić takie małe dziecko ściska mnie w żołądku. Niemniej jednak zaczęliśmy poszukiwania żłobka i po obejrzeniu kilku w końcu wybraliśmy ten dla nas. Niestety jest lista oczekujących i najprawdopodobniej na miejsce załapiemy się dopiero w kwietniu, więc po cichu cieszę się, że jeszcze chwilę z nią pobędę.

W USA daycare podobnie jak u nas podzielone jest na grupy, a na jedną wychowawczynię przypada czwórka dzieci. Trzeba się niestety liczyć także z kosztem rzędu $1800-$2000 miesięcznie. Bardzo podobał się nam system sprawozdań po całym dniu. Pracownicy daycare codziennie wręczają pisemny raport o tym, ile dziecko zjadło, o której godzinie, ile wypiło, jak długo spało oraz ile zostało zmienionych pampersów.

To będzie duża zmiana zarówno dla nas, jak i dla Amelii, ale z drugiej strony zależy nam żeby się uczyła, przebywała z innymi dziećmi i kreatywnie spędzała czas. Dla mnie ona jednaj jest ciągle mała i chyba zawsze już tak będzie.

 

This entry was posted in Baby.

Więcej czasu dla siebie

Już w ubiegłym roku obiecałam sobie, że w 2017 zacznę spędzać więcej czasu sama ze sobą i bez dziecka.  Przynajmniej raz w tygodniu potrzebuję chwili poza domem w spokoju, obojętnie czy miałaby to być kawa w Starbucksie, wyjście na siłownię czy wino z koleżanką. Cokolwiek, co sprawi że będę mogła się zrelaksować bez ciągłego nawoływania mama mama mama. Tak więc mimo iż jesteśmy w toku przeprowadzki, to postanowiłam dotrzymać obietnicy sama sobie i w sobotę wyszłam na zakupy do największego w San Jose centrum handlowego Westfield Valley Fair. To co kiedyś wydawało się codziennością, teraz przypomina luksus. Już w samochodzie odetchnęłam z ulgą i postanowiłam jechać w zupełnej ciszy. Po 10 minutach znalazłam się na parkingu i od razu przypomniałam sobie, że żyję w kraju kapitalistycznym, sterowanym przez dziką konsumpcję. Miejsca do parkowania szukałam przez 40 minut. Już zaczęłam się robić czerwona ze złości, kiedy wreszcie coś znalazłam i nareszcie mogłam oddać się błogiemu zakupoholizmowi. W środku tłumy, nie dało się przejść a tym bardziej czegokolwiek  dobrze zobaczyć, kolejki w sklepach były od drzwi wejściowych do samej kasy (Amerykanie chyba kochają Zarę). W Końcu w pośpiechu kupiłam kawę, bo fajnie jest czasem móc wypić ją ciepłą i udałam się w drogę. Zamiast się zrelaksować czułam że poruszam się w jakimś klaustrofobicznym labiryncie ludzi, a najbardziej irytowały mnie wózki- na przekór losowi. Moja eskapada po sklepach zakończyła się  kupieniem maseczki i kremu Clinique i pomadki Mac w odcieniu fun boy. Obiecałam sobie, że w weekend tu już nigdy więcej nie przyjadę i szybko wróciłam do domu do mojej wytęsknionej rodziny.

 

Plan na styczeń: zmieniamy mieszkanie

Po trzech latach w naszym obecnym kompleksie apartamentowym i corocznym podwyższaniu kosztu wynajmu powiedzieliśmy dość. Nasz czynsz wynosił $3300 miesięcznie i po dokonaniu researchu cen w okolicy okazało się, że jest jednym z najwyższych. Doszliśmy do wniosku, że przyszedł czas na zmianę i przeprowadzamy się za dwa tygodnie do nowego mieszkania, oddalonego jakieś 5 minut jazdy samochodem od obecnego. Nowy apartament, podobnie jak obecny, znajduje się w typowym amerykańskim kompleksie, także i tym razem będziemy mieć dostęp do siłowni oraz basenu, a nawet sauny. Lokalizacyjnie jesteśmy bliżej sklepów i restauracji, mieszkanie jest większe, ale przede wszystkim tańsze.

Jako że póki co postanowiliśmy zostać w USA, w tym roku planujemy także kupić dom. Nie do końca wiemy w której części Bay Area, ale już we wrześniu zaczynamy poszukiwania.

Dziś próbowałam zrobić parę zdjęć naszej nowej okolicy, ale niestety w Kalifornii jest ulewa i ciemnica, ale obiecuję że jak tylko wyjdzie słońce nadrobię zaległości.

Pierwszy wpis w 2017

Witam w 2017! Co to będzie za rok? Zapowiada się zdecydowanie pracowicie. 2017 zaczynamy od poszukiwania żłobka i niani dla Amelii, jako że ja planuję wrócić do pracy. W tym roku kończę także 30 lat i z tej okazji jedziemy do Meksyku złapać trochę słońca. W lutym Amelia kończy roczek, a mój mąż 35 lat, także na samym początku roku spoko się będzie działo. Jak co roku przystało pojedziemy także do Polski i tak zanim się obejrzymy znów świętować Sylwestra. Jeśli chodzi o nasze plany imigracyjne, to póki co zostaniemy w USA. Czy na zawsze, tego nie wiemy, ale na chwilę obecną zrezygnowaliśmy z przeprowadzki do Australii. Raz że nie mamy ochotę na zmianę, dwa że drogo, trzy strasznie daleko dla mnie. I jakoś to obchodzenie świąt latem nie bardzo mi się widzi.

Powinnam także napisać coś o postanowieniach noworocznych, ale nigdy ich nie robię i jak co roku postanawiam być po prostu szczęśliwą i tego także życzę i Wam.

Do widzenia 2016

Wydaje mi się, że im jestem starsza, tym czas szybciej leci. Kolejny rok za dwa dni dobiegnie końca, tak więc czas na krótkie podsumowanie i pożegnanie 2016.

Krótko mówiąc to nie był dobry rok. Był pełen zmian i zdecydowanie nie był łaskawy pod względem zdrowotnym dla moich bliskich, a nawet zwierząt w mojej rodzinie. Jedynym wyjątkiem było przyjście na świat Amelii i radość, którą wniosła do naszego życia na przekór wszystkiemu. W 2016 zostaliśmy rodzicami i ten rok już do końca życia będzie dla nas wyjątkowy. Po raz pierwszy obchodziliśmy Dzień Matki i Ojca i poczuliśmy się dorośli i odpowiedzialni.

Pod względem kariery, to był spokojny rok, zarówno dla mnie jak i dla mojego męża. Oboje zdobyliśmy nowe kwalifikacje na uczelni, ale poza tym bez większych wzlotów i upadków. Ja osobiście bardzo się cieszę, że mogłam zrobić sobie przerwę i zostać cały rok z Amelią, mimo że czasami doskwierała mi rutyna.

Podróże. Udowodniliśmy sobie, że z dzieckiem też można podróżować i że wcale nie jest to takie straszne. Zanim Amelia skończyła rok byliśmy w Europie, Australii i Nowej Zelandii.

Plany. Póki co te na Sylwestra, czyli szampan, sushi i dobry film.

A Wy jak oceniacie 2016?

Oto kilka moich najlepszych wspomnień.

17 Luty 2016- najszczęśliwszy dzień w naszym życiu.

Pierwszy wyjazd z Amelią i jej pierwsza wizyta w barze w San Francisco.

Niekończące się kalifornijskie lato.

Najlepszy wyjazd do Polski.

Pierwsze Haloween Amelii

Ulice Melbourne w Australii i śpiące dziecko

Zakończenie roku i nasza wspólna wigilia.