Latanie z dzieckiem-kilka niezbędnych wskazówek

Podróże od zawsze były moją wielką pasją i miałam szczęście, że razem z C. udało nam się zobaczyć kawałek świata zanim urodziła się Amelia. Jenak podróżami chyba nie da się nasycić na zapas i ciągle nas gdzieś niesie. Podczas pierwszego roku jako rodzice udało nam się być w Polsce na 6 tygodni, 2 tygodnie w Australii i Nowej Zelandii oraz w Meksyku na tydzień, a zaraz po pierwszych urodzinach Amelii znów poleciałyśmy do Polski. Mimo obaw wszystkie podróże samolotem zniosła dobrze i obyło się bez większego stresu, a trzykrotnie leciałam z nią sama. Wiem, że wiele z was boi się lotów z małym dzieckiem, a zupełnie nie ma czego. Owszem nie przypomina to relaksu w samolotowym fotelu z lampką wina, jednak nie taki diabeł straszny. Po tych kilku doświadczeniach z lataniem z Amelią zebrałam kilka praktycznych wskazówek, którymi chcę się z wami podzielić.

  1. Jeśli masz taką możliwość kup bilet na kilka miesięcy przed odlotem i zarezerwuj miejsce z kołyską dla dziecka. Ilość takich miejsc na pokładzie to jedynie 2-4 pozycji i im wcześniej wykupi się bilet, tym większe prawdopodobieństwo, że siedzenia będą dostępne.
  2. Kołyskę zarezerwuj OD RAZU po wykupieniu biletu. W tym celu musisz zadzwonić na numer lini lotniczych i poprosić o miejsce. Scandinavian Airlines zapewniają kołyski do 25 funtów za darmo, a w Lufthansa opłata to $39 za miejsce o ile dobrze pamiętam. Taka kołyska to udogodnienie nie tylko dla ciebie, ale także komfort dla malucha, bo będzie mógł spokojnie spać.
  3. Jeśli możesz, to postaraj się lecieć w nocy, w godzinach kiedy dziecko naturalnie śpi w domu. Wtedy zaraz po wejściu na pokład malec pójdzie spać.
  4. Weź ze sobą przekąski i wodę i miej zapas mleka modyfikowanego. Jeśli karmisz piersią to oczywiście nie ma problemu i możesz to spokojnie robić w samolocie. Zawsze weź jedzenia więcej niż mniej, bo do końca nigdy nie wiadomo, czy na przykład nie będzie opóźnień.
  5. Przygotuj się na niespodzianki i spakuj dodatkowe rzeczy na przebranie i miej ze sobą ciepły sweter i skarpetki, bo na pokładzie samolotu zdarza się być zimno.
  6. Pamiętaj też o odpowiedniej ilości pieluszek i weź w razie czego kilka dodatkowych. Do torby podręcznej spakuj też chusteczki nawilżające.
  7. Ja wzięłam ze sobą do bagażu podręcznego leki na gorączkę, w razie gdyby Amelia poczuła się źle.
  8. Jeśli, podobnie jak my, macie jakieś godziny w samolocie kiedy dziecko nie śpi, weź ze sobą kilka zabawek, książek lub iPada z bajkami dla starszych dzieci.
  9. Amelia nie miała z tym akurat problemu, ale podczas startu i lądowania warto dać dziecko smoczek, jeśli używa lub coś do picia.
  10. Postaraj się, aby liczba przesiadek była jak najmniejsza, a przerwa między lotami ani nie za długa, ani nie za krótka. Zdarzyło nam się czekać w Kopenhadze aż 5 h na kolejny lot, co zdecydowanie było męczące, a z kolei w drodze powrotnej z Polski ostatnim razem miałam tylko godzinę między lotami na olbrzymim lotnisku w Monachium!
  11. Nosidełko to podstawa, bo uwierz mi, ale będziesz potrzebowała dwóch wolnych rąk. Wózek może się przydać jedynie na lotnisku przed wylotem, potem i tak odbieramy go już w miejscu docelowym. Ja oddałam wózek przed wejściem do samolotu w San Francisco, a odebrałam już w gdańsku. Wózek parasolkę można wziąć ze sobą na pokład samolotu.
  12. Przygotuj się na jet laga! Z tym nie ma żartów i przystosowanie się do nowego czasu zajmuje jakieś 5-7 dni. W naszym przypadku za każdym razem Amelia przystosowywała się trochę inaczej. Raz było ciężej w drodze powrotnej z Polski do USA, a za drugim razem z kolei w Polsce, a po przylocie do USA po dwóch dniach była już na czasie amerykańskim. Moja rada jest taka, żeby nie planować nic na pierwsze 3 dni. Przeznacz je na odpoczynek i pozwól dziecku spać, kiedy tego potrzebuje i nie przestawiaj go na siłę, kiedy widzisz że jest zmęczone.

Podróże z dzieckiem są możliwe, a maluchy szybko się adaptują. Ważne jest, aby zapewnić im plan dnia, i pozwolić jeść i spać, kiedy tego potrzebują. Poza tym to nie ma dla nich znaczenia, czy spacerują po parku w Nowym Jorku, czy bawią się na placu zabaw w Tokio.

Szerokiej drogi!

 

Sny ostatnich dni

Ostatnio daję się ponieść fantazji, że gdybym miała tydzień tylko dla siebie, wyjechałabym do którejś ze światowych metropolii, Nowego Jorku, Paryża, może Rzymu i zatrzymałabym się w ładnym hotelu w pokoju z dużym wygodnym łóżkiem i koniecznie z nietuzinkowym widokiem na miasto.

Do walizki zapakowałabym same stylowe rzeczy, żadnych trampek, legginsów i bluz. Wstawałabym rano, o której bym chciała i piła długo kawę, przeglądając prasę i Internet. Następnie zeszłabym na śniadanie, zapoczątkowane kieliszkiem mimosy. Po porannej uczcie spędziłabym znaczący czas na wyszykowanie się. Do niedużej torebki włożyłabym tylko ulubioną książkę, portfel i telefon i udałabym się na miasto na bardzo długie godziny. W między czasie zjadłabym lunch w jakiejś urokliwej kafejce, patrząc na przechodniów i popijając kolejną kawę. Po kilku godzinach spacerowania ulicami wielkiego miasta, posiedziałabym sobie z książką i jakimś historycznym parku. Wieczorem zjadłabym kolację w najlepszej restauracji, przy akompaniamencie dobrego wina i poszłabym spać na moim wielkim hotelowym łóżku z myślą, że jutro wstanę kiedy będę chciała. Na drugi dzień powtórzyłabym wszystko od nowa.

Ot takie fantazje nawiedzają mnie ostatnimi czasy. To chyba skutek uboczny zmęczenia lub przewlekła choroba każdego rodzica.

80 Fahrenheit

W Dolinie Krzemowej zrobiło się gorąco. Dziś temperatury osiągnęły 33 stopnie Celsjusza i już po 8 rano na zewnątrz zaczyna się robić istna sauna. Kiedyś uwielbiałam takie temperatury, dziś coraz gorzej je znoszę. Chyba się starzeję i zastanawiam jak ci wszyscy emeryci wytrzymują na Florydzie. Ja mam ochotę położyć się pod palmą i spać. Ostatnie kilka dni krążyłam między basenem a mieszkaniem z włączoną klimatyzacją, jedząc schłodzonego arbuza, mrożone jogurty i pijąc wodę z lodem.

Mimo że pogoda sprzyja sjeście, intensywnie aplikuję o pracę i jeżdżę na rozmowy kwalifikacyjne. Rozmawiając o jeździe kupiliśmy samochód, nasz pierwszy rodzinny aset. I jest to nic innego jak piękne granatowe Volvo CX90, które przyjechało do nas prosto ze Szwecji. No cóż, pojazd idealny dla soccer mamy i soccer taty. Tylko jeszcze nam dużego golden retrivera brakuje.

 

Trzy lekcje, których nauczyłam się przed 30

Jakiś czas temu na dobre opuściłam słodkie lata 20, co zmusiło mnie w naturalny sposób do pewnych refleksji. W wieku 30 lat chyba po raz pierwszy zdałam sobie sprawę, że żarty się skończyły i jestem dorosła (a nie do końca wcale chcę). Symboliczna trzydziestka ostatecznie uświadomiła mi, że czuję się pewnie w swojej skórze i lubię osobę, którą jestem.

W tym poście podzielę się z wami pięcioma lekcjami, których nauczyłam się przed trzydziestymi urodzinami.

  1. Nie przejmuj się tym, co myślą inni. Ludzie zawsze będą mieć tysiące opinii, na temat tego jak powinno wyglądać twoje życie. Prawda jest taka, że nie wszystkim muszą podobać się twoje wybory. Im starsza jestem, tym częściej zdaję sobie sprawę, że czas bezcennym towarem, a jego marnowanie na przejmowanie się tym, co myślą o tobie inni jest najmniej produktywnym wykorzystaniem energii.
  2. Zdrowie jest najważniejsze. Nie jest to żadne nadzwyczajne odkrycie, ale spójrzmy prawdzie w oczy, wszystko inne jest nabyte. Dlatego też o zdrowie, te fizyczne jak i psychiczne, należy dbać (szczególnie po 30). Wszystko w umiarze, ale na co dzień staram się zdrowo odżywiać, być aktywną i unikać alkoholu. Nie mogę jednak oduczyć się picia dużej ilości kawy, co za pewne jest winą 14 miesięcznego gnoma. A tak na poważnie, to często bierzemy fakt, że my i nasi bliscy są zdrowi za pewnik. A tylko w obliczu jego utraty dostrzegamy jak mało ważne są wszystkie inne problemy.
  3. Pierdoły to pierdoły. Na przejmowanie się błahostkami szkoda jest czasu i do małych potknięć warto jest nabrać trochę dystansu, bo za jakiś czas i tak nie będziemy o nich pamiętać. Taka postawa zaoszczędzi nam sporo stresu i niepotrzebnych napięć. Jednym słowem let it go.

Mission Dolores park w San Francisco

W sobotę postanowiliśmy uciec z przedmieść do zgiełku wielkiego miasta, tak więc wklepaliśmy do GPS kierunek na San Francisco. Na sam początek pojechaliśmy na lunch do rzekomo przyjaznej dzieciom kafejki z kącikiem do zabawy o nazwie Rigolo. Okazało się jednak, że kącika do zabawy nie ma, a jedzenie też nie było specjalnie wyjątkowe. Po jedzeniu przyszedł czas na kawę. Chcieliśmy spróbować osławione przez wszystkich Unicorn Frappucino w Starbucks, jednak najprawdopodobniej składniki do tego napoju już się skończyły i kolorowe frappucino zostało wyprzedane.

Amelia jest obecnie na etapie rozwoju, że nie potrafi usiedzieć na miejscu, obojętnie czy jest to fotelik w samochodzie, wózek, czy krzesełko w restauracji. Dlatego też elementem każdego wyjścia jest obecnie park, najlepiej z placem zabaw, aby mogła się wybiegać. Tym razem pojechaliśmy do pięknie położonego parku Mission Dolores w San Francisco. Po dwóch godzinach biegania i biegania za nią mieliśmy nadzieję, że uśnie w samochodzie, a my pojedziemy na zakupy na Union Square. Niestety nic z tego. Nie usnęła ani w samochodzie ani w wózku. W zamian za to chciała się z niego jak najszybciej wydostać i skończyliśmy chodząc z nią po Bloomingdale’s za rękę. Po całym dniu atrakcji wróciliśmy do domu przed wieczorem i odsypialiśmy całą niedzielę.

A oto nasza fotorelacja z San Francisco